Czeska alpinistka Dina Štěrbová, jest jednocześnie uczestniczką i świadkiem złotej ery kobiecego himalaizmu. Czując dumę z osiągnięć tych wszystkich kobiet, które kochały i zdobywały najwyższe góry świata, a także na nich umierały, odkryła w sobie, że to jest właśnie jej zadanie: uwiecznić historię kobiecego himalaizmu. Opowiedzieć historię życia tych niezwykłych kobiet. Miała poczucie, że jest im to winna. Tak o nich napisała: nie istnieje żadne uproszczenie typu „najlepsza” czy „osiągająca największe sukcesy”. Są wyłącznie jedyne w swoim rodzaju, orginalne i najczęściej nieporównywalne, ale dzięki temu godne podziwu historie zachwytu, siły woli i wyrzeczeń. (…) Zwyciężyły, choć w kontekście gór może to zabrzmieć jak bluźnierstwo, gdyż każdy wspinacz odnosi zwycięstwo wyłącznie nad sobą, nigdy nad górami.1 Poświeciła temu zadaniu 14 lat swojego życia. I w ten sposób powstała książka: Tęsknota i przeznaczenie pierwsze kobiety na ośmiotysięcznikach. 

Co, to znaczyło kiedyś być kobietą na początku XX w., która kocha góry i chce się po nich wspinać? Oznaczało to, bycie wyśmianą i lekceważoną a  w najlepszym przypadku traktowaną z rozbawieniem. Na szczęście, były takie kobiety, których to nie powstrzymywało by uczestniczyć w tej,  jak to się w tamtych czasach uważało, wybitnie męskiej formie aktywność. Kobiety od samego początku, brały udział w podboju gór, dlatego, że wraz z pierwszymi odkrywcami Himalajów, podróżowały z nim iich żony lub partnerki.

W 1838 roku Francuzka Henriette d’Angevillle jako pierwsza kobieta stanęła na szczycie Mont Blanc, od tej chwili minęło prawie sto siedemdziesiąt lat. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, nikt już nie śmieje się z wspinających się kobiet. 

Jednak do niedawna jeszcze, miała miejsce absurdalna różnica w ocenie decyzji o podjęciu ryzyka wspinaczki. Wspinające się kobiety uważano za lekkomyślne i nieodpowiedzialne, przy jednoczesnym szacunku dla wspinających się mężczyzn. Do dziś kobiety, będące zawodowymi alpinistkami a jednocześnie matkami są surowo oceniane przez opinię społeczną. Przy jednoczesnej zgodzie na łączenie roli ojca z rolą zawodowego alpinisty.

Chciałaby przybliżyć Wam historie trzech kobiet, opowiedziane w książce, które mnie najbardziej poruszyły. Oto historie życia: Junko Tabei, Alison Hargreaves, i Wandy Rutkiewicz.

Junko Tabei – pierwsza na Matce ziemi i Matce mórz

Junko urodziła się i spędziła całe dzieciństwo w górach. Przesądziło to, o całym jej późniejszym życiu. Góry dzieliła na zielone i nie – zielone (prawdziwe). Pierwszy prawdziwy szczyt zdobyła na wycieczce szkolnej. Po wspaniałym okresie dzieciństwa, przeżyła trudny okres dojrzewania. Nie dostała się na wybrane studia za pierwszym podejście. Później studia te, okazały się nudne a warunki w akademiku bardzo surowe. Junko nie potrafiła się odnaleźć w grupie rówieśniczej.  Przerwała studia z powodu załamania nerwowego i wróciła do rodzinnego domu. Po śmierci ojca podjęła decyzję o powrocie i ukończeniu studiów. Wolny czas spędzała na skałkach w pobliżu Tokio: Wszystko poruszało moje serce. Czułam, jakby ważny organ mojego ciała zaczął znów funkcjonować. Wspinając się, odnalazłam prawdziwą siebie i poczucie wolności, gdyż wszystko to robiłam z własnej woli.2

W 1962 roku Juko zaczęła zajmować się wspinaniem profesjonalnie. Wtedy też, obiecała sobie, że nigdy nie zakocha się w żadnym mężczyźnie, i jedyną jej ambicją pozostanie zdobywanie najwyższych gór. Wspinanie się z męskimi partnerami uważała za rodzaj kompromisu, dlatego coraz częściej wybierała na partnerki kobiety. Dzięki temu stawała się coraz bardziej niezależna od męskiego świata wspinaczki.

W roku 1964 zakochała się w japońskim wspinaczu  i inżynierze pracującym w fabryce Hondy, Masanobu Tabei, za którego wyszła za mąż. Miała wielkie szczęście, jej mąż doskonale rozumiał żonę i z całych sił ją wspierał: Filozofią ich związku była konfucjańska zasada, że każde ma dać coś dobrego partnerowi dzięki czemu ich małżeństwo będzie lepsze. 3 

Po ślubie nie zrezygnowała ze wspinania się. Ciągle podnosiła swoje umiejętności i stawała się coraz lepsza. Jej pierwszą wysoką górą była Annapurna III. Niedługo po jej zdobyciu Junko została zaproszona do japońskiej kobiecej wyprawy na Mound Everest jako jej kierowniczka. Była zachwycona, jednak jako japonka liczyła się ze zdaniem męża. Masanobu postawił jej tylko jeden warunek: żeby przed wyprawą dała mu dziecko. Z dzisiejszego punktu widzenia brzmi to jak opowieść z innego świata, jednak Junko, wychowana w duchu japońskiej tradycji, uznała spełnienie prośby męża za swój najważniejszy obowiązek.4 Junko była w czwartym miesiącu ciąży, kiedy złożono podanie o pozwolenie na wyprawę. Była kobietą, która:  wierzyła, że przeszkody psychiczne, fizyczne i finansowe można pokonać, jeśli ma się wystarczająco silną wolę. Każdy sen może stać się rzeczywistością.5 To dzięki takiemu podejściu, było możliwe aby przez kolejne trzy lata Junko będąc w ciąży, a potem matką małego dziecka, była w stanie przygotowywać się do wyprawy. To jest dla mnie najbardziej niezwykłe i piękne w historii zdobycia przez pierwszą kobietę Mound Everstu, że Junko przygotowując się do wyprawy na Matkę Ziemi i Matkę Mórz jednocześnie stała się matką i dojrzewała jako kobieta. 

W ramach tych przygotowań musiała ciężko trenować. Mąż i siostra cały czas ją w tym wspierali i dowozili na miejsce treningów. Junko trzy razy w tygodniu przebiegała po 19 km. Przyszedł czas najtrudniejszego doświadczenia serca Junko. Przed zdobyciem szczytu, pożegnała się z córeczką Noriko, mając świadomość, że może już nie wrócić: Tuż przed odlotem do Nepalu nagrała na kasetę magnetofonową rozmowę z córeczką, na wypadek gdyby nie wróciła. Na czas wyprawy mała Noriko miała zostać z ojcem i babcią, która powiedziała Junko, żeby się nie bała, gdyż w razie czego dobrze wychowają dziewczynkę. Noriko miała wtedy niecałe trzy lata.6

4 maja zdarzył się wypadek, który mógł przesądzić o zakończeniu wyprawy. Obóz japonek zasypała lawina. Junko została zasypana, na chwilę przed utratą przytomności zdążyła jeszcze pomyśleć o swojej córeczce, która teraz, bez mamy będzie smutna i samotna. Szerpowie w ostatniej chwili ocalili życie japonek. To był cud. Wszystkie przeżyły. Zaś Junko była tylko posiniaczona, pomimo, że była tak blisko śmierci. Większość uczestników wyprawy spodziewała się decyzji o jej zakończeniu.  Junko nie straciła jednak siły woli i ducha walki. Uważała, że jest zbyt blisko, żeby zrezygnować. 

16 maja 1975 r., usłyszała słowa przewodnika „Tabei san” (to jest właśnie szczyt). Junko stała się pierwszą kobietą, która tam dotarła. Została bohaterką i częścią historii alpinizmu, jednak sama miała do tego duży dystans: Niektórzy próbują zrobić ze mnie kogoś kim nie jestem, lecz ja wciąż pozostaje tą samą osobą, którą byłam, zanim weszłam na Everest.7

Alison Hargreaves – „Jestem na wierzchołku świata i bardzo was kocham”

Rodzicie Alison, którzy byli wykładowcami akademickimi, chcieli takiego samego życia dla swojej córki. Ona jednak wybrała swoją własną drogę. Mając siedemnaście lat, poznała Jima swojego przyszłego męża i od tego momentu postanowiła zajmować się tylko wspinaniem. Jej rodzice nigdy się z tym nie pogodzili, a całą winą obarczyli Jima, który według niech, chciał zmarnować życie jeszcze niepełnoletniej dziewczyny. Trudna relacja z rodzicami, miała wpływ na całe życie Alison, w którym zmagała się z niskim poczuciem własnej wartości i ciągłą potrzebą udowodnienia, że coś potrafi.

W 1992 r., jako żona i matka dwójki małych dzieci, Alison podejmuje decyzje o zostaniu zawodową alpinistką. Celem Alison było zdobycie trzech najwyższych gór planety: Everestu, K2, Kangchenjungi. Przedsięwzięcie było skrojone na miarę jej ambicji i możliwości, czegoś takiego nie dokonała jeszcze żadna kobieta na świecie.8 Decyzję podjęła wspólnie z mężem. Tak Alison jak i jej mąż byli całkowicie świadomi niebezpieczeństwa wiążącego się ze wspinaniem. Jednak żadne z nich nie wierzyło, że może jej się stać coś złego w górach. Tak o tym mówił mąż Alison: oboje byliśmy wspinaczami i rozumieliśmy związane z tym ryzyko, jednak nigdy o nim nie rozmawialiśmy. Alison była świadoma, że człowiek nigdy nie dostanie drugiej szansy, jednak kochała życie i próbowała ze wszystkich sił minimalizować ryzyko. Śmierć w górach oznaczała dla niej śmierć kogoś innego.9

Jim nie miał stałej pracy, więc według planu miał zajmować się dziećmi i domem. Zgodnie z rodzinnym planem Alison miała przez cały czas zajmować się wspinaczką, a dziećmi tylko w wolnych chwilach.10 Plan wydawał się idealny, ale tylko w głowie Alison. W trakcie jego realizacji okazało się, że dla jej serca jest to zbyt trudne. Jeśli było to możliwe mąż i dzieci towarzyszyły jej w wyjazdach. Jednak nie zawsze była taka możliwość. Alison bardzo źle znosiła rozłąkę z dziećmi. Jej serce było rozdarte pomiędzy miłością do gór i do jej dzieci.  Oto relacja o tym co zdarzyło się po jej wejściu na Mound Everest: Kiedy szczęśliwa  stanęła na wierzchołku, wszystkie myśli poświęciła właśnie im. Jim napisał, że gdy połączyła się ze szczytu z bazą, pierwsze jej słowa skierowane były do Toma i Kate. Koledzy w bazie mogli usłyszeć przez rozrzedzone powietrze jej płacz. „Jestem na wierzchołku świata i bardzo was kocham”, powiedziała.11 Po udanym pierwszym* kobiecym wejściu bez tlenu na Mound Everest, Alison podczas jednej nocy została gwiazdą mediów w Wielkiej Brytanii. Stała się bohaterką i dumą narodową. Po tym sukcesie obiecała sobie i dzieciom, że K2, będzie jej ostatnią wielką górą. 

Podczas wyprawy na K2 cały czas targały nią wątpliwości, w związku z tym, że pogoda się psuła i wyprawa wydłużała się. Zmieniła rezerwacje na lot do domu i postanowiła poczekać na poprawę pogody, która pozwoliłaby na atak szczytowy.  W jej dzienniku, który został w wyprawy można przeczytać:

Czuję, że powinnam być z nimi. Nic się nie udało, ale pracowałam bardzo ciężko i nie chcę się poddawać. Gdy wczoraj doszłam do bazy płakałam. Byłam wyczerpana duchowo i psychicznie. Tak dużo z siebie dałam. Bardzo ciągnie mnie do domu. Co zrobiła nie tak? Mnie to nie przeszkadza, martwię się jednak tym, co powiedzą inni. Nie daje mi to spokoju . Czuję się rozdarta. Chcę dzieci, ale chcę też K2.  Możliwe, że dzieci byłyby szczęśliwsze, gdybym była z nimi, być może jednak, gdybym weszła na wierzchołek K2,  pomogłoby mi to zapewnić im lepszą przyszłość. Lepiej żebym była z nimi zdrowa i bezpieczna?  (…)

6 sierpnia, niedziela

Wciąż tu jestem. Poprzedniej nocy nie mogłam spać, bałam się, że dokonałam złego wyboru. Nie mogę zostawić kolegów, żeby próbowali beze mnie. Muszę zostać i spróbować raz jeszcze, pogoda się poprawia. Muszę wykonać zadanie i zrobić wszystko, co w mojej mocy.

7 sierpnia, poniedziałek

Dałam z siebie wszystko. Psychicznie i fizycznie. Czy tych kilka tygodni jest aż tak ważnych?12

W chwili w której Alison zginęła na K2 miała być w samolocie, którym wracałaby do domu i dzieci. Tak Dina pisała o niej: Była jedną z trzech największych gwiazd wspinania się lat dziewięćdziesiątych. Jako druga kobieta na świecie (po Wandzie Rutkiewicz) miała na koncie dwie najwyższe góry świata (w rekordowo krótkim czasie) i z pewnością szybko dopisałaby do tej listy Kangchenjungę, która wówczas zawzięcie broniła się przed atakami himalaistek i zabrała życie czterech z nich.13

13 sierpnia w dniu w którym zginęła Alison, wśród tych którzy weszli tego dnia na wierzchołek K2, nikt z niego nie wrócił. Alison i nikt z pozostałych nie popełnił żadnego błędu,  do tragedii doszło z powodu załamania się pogody: 13 sierpnia nagle załamała się pogoda, zaczął wiać huraganowy wiatr, który dosięgnął wspinaczy znajdujących się w podszczytowych partiach góry. Wiatr osiągający prędkość 160 kilometrów na godzinę, zniszczył dwa obozy i co gorsza, zaczął zabijać ludzi. Zginęło siedem osób, a między nimi młoda brytyjska zawodowa alpinistka Alison Hargreaves, właśnie schodząca z wierzchołka po przejściu Żebra Abruzzi.14

Po tej wielkiej tragedii, opinia publiczna potrzebowała znaleźć kozła ofiarnego, na którego można by wylać wszystkie trudne emocje, które skumulowały się w związku z tym co się stało. Zwłaszcza, że w tym wypadku nie było winny ludzkiej. Padło na Alison, która była kobietą alpinistką i jednoczenie matką małych dzieci, co nie stanowiło żadnego problemu w momentach jej sukcesów. Jednak w momencie tej tragedii sprawiło, że znalazła się na celowniku. W ciągu jednej nocy z bohaterki została pośmiertnie zdegradowana do nieodpowiedzialnej, pazernej i niezrównoważonej egoistki. Co ciekawe nikt nie krytykował mężczyzn, którzy zginęli wraz z nią pod K2. Na pewno wielu z nich również miało dzieci. 

Wanda Rutkiewicz – samotność kobiety na szczycie marzeń

Wanda Rutkiewicz, była kobietą przy której nikt nie potrafił pozostać obojętnym, niektórzy ją podziwiali i kochali a inni nienawidzili. Grupa tych drugich rosłą proporcjonalnie do wzrostu jej sławy i liczby osiągniętych szczytów. Dla gór zrezygnowała ze wszystkiego: z możliwości bycia matką, z małżeństwa(wszystkie skończyły się rozwodem), z pasjonującej pracy naukowej. W jej życiu liczyły się tylko góry. Postawiła na nie wszystko. Były jej największą miłością, obsesją, przeznaczeniem i przekleństwem. Większość przyjaciół również straciła w górach. Lub przez nie. Wielka miłość Wandy, Kurt Lyncekruger, zginął na jej oczach na Broad Peaku. Jej życie było losem łamanym. Wielka sława i osiągnięcia za które zapłaciła samotnością i swoim życiem.

Jako pierwsza Europejka i trzecia kobieta na świecie zdobyła Mound Everest; potem zdobyła: K2, tybetańską Shisha Pangmę, oba ośmiotysięczne Gasherbrumy: Była bez wątpienia największą wspinaczkową gwiazdą lat osiemdziesiątych i nie miała konkurencji pod względem liczby zdobytych ośmiotysięczników.15 Nieoficjalny wyścig kobiet o zdobycie korony ziemi trwał. Wanda była na jego czele. Do 1990 r miała na swoim koncie 6 zdobytych ośmiotysięczników. Jej osiągnięcia budziły wielki podziw, co równie wielką zawiść. Wanda pomału zbliżała się do pięćdziesiątki, wiedziała, że ma coraz mniej czasu. Nie była już tak szybka jak dawniej. Jednak liczyła, że zrekompensuje to jej wielkie doświadczenie i niezłomna wola. Wymyśliła projekt: „Karawana Marzeń. Planowała zdobyć wszystkie brakujące jej ośmiotysięczniki z różnymi partnerami, podczas jednego sezonu wspinaczkowego. Tak sama o tym mówiła: Wejście na wszystkie ośmiotysięczniki owszem, ale w rekordowo krótkim czasie. Cała zabawa polega na próbie wykorzystania zasady stałej aklimatyzacji. Coś czego jeszcze nikt nigdy nie zrobił, niezależnie od tego, czy był mężczyzną czy kobietą. Ja nie będę trzecią po Messnerze i Kukuczce. Ja będę pierwszą, które spróbuje czegoś nowego. Wykorzystanie stałej aklimatyzacji i przechodzenie z już uzyskaną na jednym szczycie na następny, po czasie wystarczającym do odpoczynku, ale jeszcze nie tak długim aby jej nie stracić.16

26 września 1991 r., Wanda po nieudanej próbie wejścia na Kangchenjungę, zdobyła szczyt Cho Oyo (8201 m). Po trzech dniach odpoczynku ruszyła  w dalszą podróż, żeby zdobyć Annapurnę. 18 października podczas próby zdobycia wierzchołka spadające kamienie zraniły ją boleśnie w udo. Pomimo to postanowiła kontynuować atak: w pierwszej chwili, gdy straciła czucie w nodze, pomyślała, że złamała tę samą kość, co na Elbrusie w 1980 roku. Stwierdziła, że na pytanie, czy mimo kontuzji będzie mogła się wspinać, odpowie czas, i zdecydowała się kontynuować akcje. Na szczęście okazało się, że uszkodzeniu uległ tylko mięsień czterogłowy, a kość pozostałą nienaruszona. Ból był jednak straszny i Wanda musiała zażyć silne analegetyki. Po poręczówkach dotarła do obozu trzeciego, gdzie ból nieco ustąpił. Dla normalnego człowieka kontynuowanie skrajnie trudnej wspinaczki byłoby niemożliwe.17 Jednak nie dla Wandy Rutkiewicz. Kontuzja spowodowała, że poruszała się bardzo wolno i narażała siebie i potencjalnego partnera na niebezpieczeństwo,  dlatego Bogdan Stefko z którym miała współpracować zrezygnował ze wspólnej wspinaczki. Tak później mówiła o tej sytuacji: Nie można nikogo sobą obciążać. Zabranie ze sobą kogoś słabszego jest możliwe w przypadku wielkich przyjaźni. Ten lepszy musi to akceptować i działać spontanicznie. Nie mogę mieć do nikogo pretensji. Mogę jedynie żałować, że nie byłam z nim wystarczająco zaprzyjaźniona, żeby odbywało się to wszystko sympatyczniej. Stąd może cień żalu, ale to bardziej żal do siebie samej, bo sama wybrałam koncepcję dołączania się do wypraw, gdzie nie ma czasu na zaprzyjaźnienie i chodzę z przypadkowymi partnerami. Nie miałam wątpliwości, że gdybym potrzebowała pomocy i gdyby była ona możliwa, wszyscy by mi pomogli; każdy z nas ma na pewno zakodowane podstawowe zasady moralne. Z drugiej strony jednak myślę, że nie byłaby ona możliwa, bo gdybym mimo całej ostrożności, spadła, wtedy mielibyśmy do czynienia z sytuacją najprostszą – spałabym 3000 metrów w dół i po prostu nie byłoby potrzeby organizowania akcji ratunkowej.18 Nikt ze wspinających się nie zdecydował dostosować się do jej tępa. Musiała wspinać się sama. Niektórzy uważają, że podejmując decyzję o kontynuowaniu akcji przekroczyła granicę niepotrzebnie narażając swoje życie. Musiała poradzić sobie z samotnością i bólem. I strachem, do którego potrafiła się przyznać.  22 października 1991 r., o godz. 18:00 stanęła na szczycie. Udało jej się zrobić zdjęcie, co potem miało mieć ogromne znaczenie. W drodze powrotnej pomyliła się i zabłądziła.  Była zmuszona spędzić noc w górach. Obudziła się zdrowa i bez odmrożeń.  Kiedy zeszła do obozu drugiego i skontaktowała się z bazą, okazało się, że pozostali uczestnicy wyprawy nie do końca są przekonani, że udało jej się wejść na szczyt. Sugerowali, że zbyt długo przebywała na dużej wysokości, więc być może, nie wie, co naprawdę robiła i miała halucynacje. Przez to nie potrafiła cieszyć się z sukcesu, który osiągnęła z takim poświęceniem i bólem. Pod koniec zejścia czekała na nią kolejna niemiła niespodzianka: na końcu poręczówek nie znalazła schowanych tam kijków narciarskich, załamała się. Albo ktoś je zabrał, albo spadły. Zejście bez nich było bardzo trudne. Wanda nie mogła odciążyć obolałej nogi i zupełnie się rozkleiła. Rozpłakała się z bólu i poczucia, że wszyscy ją opuścili. Oprócz tego ciążył jej wielki plecak, do którego spakowała swoje rzeczy ze wszystkich obozów. Nie mogła niczego zostawić, bo sprzęt był jej potrzebny na kolejnych wyprawach. Zdecydowała się zapomnieć o skrupułach i przez radio poprosiła kolegów o pomoc. Na próżno. Nikt nie wyszedł jej naprzeciw z obozu i Wanda musiała radzić sobie sama.19

To, czego Wanda doświadczyła podczas wejścia na Annapurnę, jest największą tragedią dla każdego alpinisty. Została oskarżona o przywłaszczenie sobie szczytu. Koledzy ze względu na to w jakim stanie była, nie uwierzyli jej. Według nich nie mogła wejść na szczyt, była zbyt wolna. Po tym wszystkim, Wanda stwierdziła, że to właśnie, było coś najgorszego, co przeżyła w górach. W Polsce nie wierzono jej, więc musiała się bronić. Ta sytuacja mogła zniszczyć całą jej karierę i położyć cień na dotychczasowych dokonaniach. Międzynarodowa komisja, przede wszystkim dzięki zdjęciu, które Wanda zrobiła na szczycie, potwierdziła jej wersję. Jej wejście na Annapurnę zostało uznane. Wielu jej kolegom to nie wystarczyło i dalej jej nie wierzono: gdy tylko Wanda wyszła z pokoju w którym obradowała komisja. jedne z najlepszych polskich himalaistów, a zarazem kolega z wyprawy, powiedział jej prosto w twarz „Wanda uznaliśmy, że weszłaś, ale ja ci, kurwa, nie wierzę”.20 Tak Dina podsumowała to, co spotkało Wandę na Annapurnie: To, czego Wanda dokonała na Anapurnie, jest godne podziwu. Zwykły człowiek w jej stanie nie wpadłby nawet na pomysł spaceru dookoła domu, nie mówiąc o eksteremalnej wspinaczce w stromym terenie z  jedną trzecią tlenu  powietrzu i temperaturą – 30 stopni Celcjusza. Jej wola determinacja i surowość w traktowaniu samej siebie na tej trudnej drodze nie miały precedensu, a my możemy się domyślać co ją do tego pchnęło. Czy chodziło również o to, że gdyby nie odniosła sukcesu na Annapurnie, sponsorzy przestaliby wierzyć w Karawanę Marzeń? Ogrom ryzyka, jakie wzięła na siebie, w każdym aspekcie przekraczał akceptowalne granice, a jej koledzy nie mogli tego nie wiedzieć. Zamiast udzielić jej przyjacielskiej pomocy, zdecydowali się Wandę opuścić, a później jeszcze oskarżyć Wandę o kłamstwo, gdy po nadludzkim wysiłku tylko dzięki przychylności losu, udało jej się pomyślnie dotrzeć do mety. Wielu ludzi twierdzi, że to właśnie wtedy skazana została na samotność, która później miała przyczynić się do jej przedwczesnej śmierci. 21

W marcu 1992 roku Wanda znów była w Neaplu. Postanowiła podjąć kolejną próbę zdobycia Kangchenjungi. 13 marca znalazła się w bazie na wysokości 5500 metrów. Niestety była przeziębiona i miała spuchniętą twarz, co oznaczało problemy z aklimatyzacją. Pomimo tego, wierzyła w powodzenie swojej wyprawy: nie była tak szybka jak kiedyś, ufała jednak swojemu doświadczeniu i żelaznej woli.22

Prawie wszyscy uczestnicy tej wyprawy zrezygnowali z ataku na szczyt z różnych powodów. Na polu walki pozostała jedynie Wanda i Carlos Carsolio. Wanda nie była w stanie utrzymać tępa Carlosa, który dotarł na szczyt 12 maja. Wracając spotkał Wandę na wysokości 8300 metrów, kiedy przygotowywała się do biwakowania: siedziała w wykopanej w śniegu jamie, bez śpiwora, otulona tylko goreteksową płachtą biwakową. Nie miała jedzenie, picia ani gazu. Carlos próbował ją przekonać, wytaczając wszystkie możliwe argumenty, by zawróciła, jednak ona zdecydowanie odmówiła. Poprosiła go tylko, żeby pożyczył jej swoje puchowe spodnie. Nie chciał tego zrobić tłumacząc, że będzie ich potrzebował. Czy mógł postąpić inaczej? Wanda była o wiele starsza od niego i bardziej doświadczona, uważał ją za autorytet. Kulał, miał boleśnie skręconą nogę i choć w takim stanie nie powinien zdobywać szczytu, właśnie to zrobił. Schodząc, walczył o życie.23

Wanda została wysoko w górach. Już na zawsze. 

Dla mnie umrzeć tam na górze nie byłoby niczym niezwykłym. To byłoby całkiem proste. Ostatecznie większość przyjaciół czeka na mnie, tam wysoko.24

Niektórzy z bliskich Wandy, których pozostało tak niewielu, mówili, że Wanda nie chciała wrócić z Kangchengungi.  

Nie chcę umierać, ale nie mam nic przeciwko śmierci w górach. Jestem z nią obeznana, byłoby to dla mnie łatwe po tym wszystkim co przeżyłam. Większość moich przyjaciół, czeka tam na mnie, w górach.25

Jeśli poruszyły Cię historię tych trzech kobiet, znajdziesz więcej takich niezwykłych postaci w książce Diny Štěrbovej: Tęsknota i Przeznaczenie pierwsze kobiety na ośmiotysięcznikach. Każda kobieta odnajdzie w nich wiele ze swoich marzeń, pragnień i dążeń. A także poczuje wiele razy z nimi bliskość, w momentach kiedy będą podejmować najtrudniejsze decyzje.

Serca tych kobiet karmiły się górami. Bez nich nie mogły bić.

I to przez nie bić przestawały. 

A czym karmi się Twoje serce?!

* Pierwszego kobiecego wejścia na Mound Everest bez tlenu, dokonała Lydia Bradey jesienią 1988 r., było ono przez wiele lat podważane. Była to słynna afera Lydiagate, która na wiele lat podzieliła środowisko.

Jeżeli chcesz zostać ze mną na dłużej i być na bieżąco zapraszam tutaj na fanpage Kobiecykod

1-23  Dina Štěrbová: Tęsknota i Przeznaczenie. Pierwsze kobiety na ośmiotysięcznikach,  Wydawnictwo Stapis
24-25  Ewa Matuszewska: Uciec jak najwyżej. Nie dokończone życie Wandy Rutkiewicz, Wydawnictwo Iskry 
Reklamy